List żołnierza niemieckiego jaki otrzymałem faksem - Kapitan Sommer opisuje dzień ostatni Breslau.

Gdy wspominam wiele wydarzeń sprzed 30 lat, jedno wywarło na mnie szczególne wrażenie.
Był to wymarsz mojego batalionu z twierdzy Wrocław 7 maja 1945 r.
Ten wymarsz odbywał się w szczególnych okolicznościach i niektórym wydaje się to niewiarygodne, lecz gwarantuję, że wszystko co się wydarzyło ja teraz przedstawię.
We Wrocławiu pułk i batalion zostały nazwane od nazwiska ich dowódcy.
Męska szkoła podoficerska Striegau walczyła pod nazwą Batalionu Sommer`a. W końcowej fazie walki o Wrocław, batalion znajdował się w pobliżu placu (Striegau), przy (ul. Leuthen) i łąkach sołtysówki.
6 maja 1945 r. o g. 13:00 zamilkła broń i walka o umocnienia we Wrocławiu zakończyła się. Generał Niehoff wytargował przy kapitulacji dla obrońców Wrocławia chwalebne warunki, które w historii wojny z Rosją były wyjątkowe.
Otrzymaliśmy rozkaz, wycofać oddziały z głównej linii frontu by zebrać je kilkaset metrów na tyłach. Mój batalion zebrał się w dużym magazynie meblowym firmy spedycyjnej "Gustaw Knauer" przy ul. Fryderyka Wilhelma.
Na zapleczu tej firmy, jeszcze w szeregu kompanii wygłosiłem krótkie przemówienie, żołnierze wzajemnie dziękowali za okazaną waleczność i życzyli sobie szczęśliwego powrotu do ojczyzny.
Podczas pory popołudniowej 3 maja 1945 r. otrzymałem ze sztabu dowództwa w Besslein następujący rozkaz: "Całą broń i sprzęt ująć na liście i przygotować do wydania Rosjanom. Po przekazaniu broni i wymarszu oddziału z miasta wydany zostanie następny rozkaz".
To był ostatni rozkaz sztabu, który otrzymałem. Po dokonanych przygotowaniach żołnierze położyli się do odpoczynku na hali meblowej, aby nadrobić zaległy sen lub pogrążyć się w rozmyslaniu, uporać się z przygnębiającymi myślami o wyzwoleniu z grożącej niewoli.
Również ja z paroma sierżantami oraz łącznikami z mojego sztabu, oddaliliśmy się do naszych pomieszczeń.
Mój adjutant, porucznik xxx, jak również podporucznik xxx, który prowadził I kompanię - opuścili swój oddział chcąc próbować na własną rękę uniknąć niewoli.
Późnym popołudniem zameldowano mi, że na zewnątrz czeka rosyjski oficer, który chce ze mną rozmawiać. Był to major, nie znający ani jednego słowa po niemiecku więc jeden z moich łączników tłumaczył. Major chciał przejąć broń. Kazałem mu wyjaśnić, że broń jest złożona, lecz na jej wydanie nie otrzymałem jeszcze rozkazu od moich przełożonych. Rosjanin wzruszył ramionami i odszedł potrząsając głową. Spaliśmy potem całą noc i zostawiono nas w spokoju. Rankiem 7 maja 1945 r., gdy tylko stało się widno, wszędzie wokoło rozmieszczeni byli Rosjanie. Ponieważ w dalszym ciągu nie otrzymałem żadnego rozkazu ze sztabu cała sprawa zaczęła budzić we mnie obawy. Wysłałem zmotoryzowanego gońca do sztabu kryzysowego, aby dopytał się o dalsze wskazówki. W międzyczasie postawiłem wraz z podporucznikiem Bauchem kilku sierżantów i żołnierzy przy bramie wjazdowej i obserwowaliśmy ruch na ulicy Franciszka Wilhelma, jak Rosjanie pieszo i pojazdami dostają się do miasta. Nagle, kierując się do centrum miasta, wjechał także duży wóz terenowy, w którym siedzieli ruski generał z trzema innymi oficerami.
Pojazd ten zatrzymał się naprzeciw nas, po drugiej stronie ulicy i widziałem, jak generał mówił do swoich oficerów wskazując przy tym na nas.
Wtem jeden z oficerów wysiadł i zaczął iść w naszym kierunku. Był to kapitan, który zapytał mnie grzecznie w poprawnym niemieckim - jakim byliśmy oddziałem i co tu jeszcze robimy.
Odpowiedziałem: "To jest Batalion Sommer`a i czekamy na rozkaz ze sztabu dowodzenia z Besslein, co do przekazania broni i wymarszu z miasta."
Na to Rosjanin odpowiedział: "Waszego sztabu generalnego jak i dowództwa już nie ma od wczoraj w mieście i żadnego rozkazu więcej od nich nie usłyszycie. Wszystkie niemieckie oddziały powinny były opuścić miasto wczoraj do 22:00".
Odpowiedziałem: " Możecie mnie zabić, ale takiego rozkazu nie otrzymałem".
Oficer podszedł znowu do swojego generała i zaczął z nim rozmawiać. Potem wrócił z powrotem do nas i rzekł: " Teraz dostajecie rozkaz od mojego generała, wyprawicie natychmiast wasz batalion i pomaszerujecie w kierunku granic Wrocławia. Tam dostaniecie dalsze wskazówki."
W tym samym momencie wrócił wysłany przeze mnie do sztabu generalnego zmotoryzowany goniec i zameldował, że w sztabie nie ma żywej duszy.
Wszędzie są już Rosjanie w mieście i odebrali mu motocykl także musiał wracać pieszo.
W międzyczasie zrobiła się godzina 6:30 rano i wydałem rozkaz do wszystkich kompanii: " Batalion wystąp na plac wartowniczy, bez broni ale z całym sprzętem zmechanizowanym, gotowi do wymarszu w kierunku Wrocław - Lissa. W kolejności 2;1;3;4 kompania - wymarsz 9:00 godzina". Także i ja udałem się na plac wartowniczy we Wrocławiu, stanąłem tam cicho i samotnie w oczekiwaniu na meldunek dowódcy kompanii o gotowości do wymarszu. W pewnym momencie zebrała się wokół mnie pewna grupa rosyjskich żołnierzy, którzy przypatrywali się wymarszowi niemieckiego oddziału.
Z grupy tej wyłonił się jeden oficer i podszedł do mnie pytając łamanym niemieckim: "Co to za żołnierze?" Na moją odpowiedź, że to Batalion Sommer`a, krzyknął nie mogąc się opanować: "Batalion Sommer`a, oh, bohaterski batalion. Ty jesteś kapitanem Sommer`em?"
Na moje skiniecie głowy uścisnął mi rękę i rzekł: " Ja jestem kapitan Kurostow, jestem komendantem batalionu po drugiej stronie ul. Leuthen."
Odpowiedziałem: "Więc możemy się teraz poznać".
Podczas gdy on nadal potrząsał moją dłonią, wołał nadal: "Batalion Sommer`a, dobry (harosz) Batalion, dobry (harosz) Batalion".
Wrócił znów do swoich kompanów i widziałem jak wskazując ramionami na mnie i oddział, opowiadał o nas. Gdy popatrzyłem się w ich kierunku, ułożyli ręce na czapkach i jak na komendę zasalutowali. Odebrałem to jako gest szacunku dla waleczności uległego przeciwnika i podziękowałem im tym samym gestem.
W międzyczasie dowódca kompani zameldował: Gotowi do wymarszu!
Stanąłem na czele wraz z podporucznikiem Bauchem i Geislerem i wymaszerowaliśmy z placu.
Gdy byliśmy jeszcze na ulicy Franciszka Wilhelma słyszeliśmy z lewa i prawa, wśród zburzonych budynków głośne wołania i przekleństwa mężczyzn oraz rozpaczających kobiet. Były słyszalne także pojedyncze wystrzały. Nie mogliśmy jednakże nic pomóc, lecz maszerowaliśmy z zaciśniętymi zębami między stojącymi po obu stronach ulicy i wlepiającymi w nas oczy, Rosjanami.
Czoło oddziału dotarło właśnie do placu Striegauer, gdy nagle bez żadnego rozkazu maszerujący za nami zaczęli śpiewać i rozległa się pieśń: " Wrócę kiedyś do mojej ojczyzny". Nasza śląska pieśń! Odszedłem trochę na bok, spojrzałem wstecz i ujrzałem cały batalion w nienagannym szyku, wyrównanym krokiem i z wysoko podniesionymi głowami, śpiewając maszeruje pośród zadziwionych Rosjan. W tej chwili poczułem niepohamowaną dumę z moich walecznych chłopaków, którzy wciągu całych miesięcy przeszli ciężką drogę i walkę. A teraz, w godzinie głębokiego przygnębienia, przezwyciężając uciążliwy strach, swoją chłodną dumą wymuszają na swoim przeciwniku uwagę.
Na Placu Stiegauer towarzyszyła nam wraz z Rosjanami kolumna pojazdów, które zatrzymały się tu, aby nas przepuścić. Także tutaj widziałem wielu rosyjskich oficerów, którzy stojąc w autach salutowali.
Tak więc maszerował batalion, śpiewając stare żołnierskie pieśni, przez ulicę frankfurcką i byliśmy jak ostatni bojowy oddział, który wyrusza z naszej śląskiej stolicy Wrocławia. Z miasta, w którym byliśmy zamknięci przez 3 miesiące i którego broniliśmy przed całą rosyjską armią.
Gdy dotarliśmy na wysokość lotniska Gandau, jeden rosyjski porucznik stanął tam na ulicy i zatrzymał nas. Nienaganną niemszczyzną zapytał, czy jestem dowódcą Sommer`em ze swoim batalionem. Powiedział, że powinniśmy tu skręcić na plac a mianowicie żołnierze na lewo a pojazdy na prawo na drugą stronę. Pojazdy miałyby tam zostać a kierowcy powinni dołączyć do kompanii. Powiedziałem mu, że chłopcy mają na samochodach swoje prywatne rzeczy. Na to odpowiedział , że daje nam 10 minut na to, żebyśmy mogli zabrać swoje rzeczy.
Poprosiłem go teraz, żeby pozwolił nam wziąć chociaż kuchnię polową, kuchnia była bowiem pełna a jedzenie za około godzinę byłoby gotowe. Na to odparł: "Ach, nie potrzebujecie. Dostajecie tak dużo do jedzenia, że nie potrzebujecie żadnej kuchni polowej. Wszystkie pojazdy mają zostać tutaj".
Nasze piękne "konie" musieliśmy więc teraz opuścić i widziałem jak niektórym kierowcom, stanęły łzy w oczach, gdy musieli się rozstać ze swoimi czteronożnymi przyjaciółmi.
Podczas gdy kompanie przemarszerowywały, stanąłem z rosyjskim porucznikiem na ulicy.
Nagle zapytał mnie: "Wasz batalion jest szkołą podoficerską. Macie 3 kompanie strzelców i jedną kompanię ciężką. Kompania ciężka ma 8 ciężkich karabinów maszynowych, 2 lekkie pułki piechoty i 2 ciężkie pułki piechoty oraz 2 ciężkie granatniki. Zgadza się?"
Odpowiedziałem: "Jest pan bardzo dobrze zorientowany".
Na to Rosjanin: "Tak, nasza informacja". Po pewnej chwili: "Zna pan podoficera Konrada?"
Moja odpowiedź: "Oczywiście, znam Uffz`a Konrada. 10 dni temu musiałem go wraz z dziesięcioma innymi żołnierzami skierować do innego oddziału".
Na to porucznik: "Uffz Konrad jest już od tygodnia u nas".
W międzyczasie wszystkie kompanie przemaszerowały i udałem się do mojego batalionu.
Gdy chłopaki wzięli swoje plecaki z samochodów, kompanie udały się w dalszy przemarsz do Lissa.
Dopiero od teraz, w towarzystwie uzbrojonych rosyjskich żołnierzy po prawej i lewej stronie kolumny marszowej, czuliśmy się jak jeńcy.
Zaczęła się droga cierpienia w głodzie, biedzie i niedoli, która jeszcze wielu doprowadziła do śmierci.

Menu